Moglibyśmy być, ale nie jesteśmy i nie będziemy narodem filozofów. O nie-istnieniu filozofii w liceach.

Posted on

Nie będziemy narodem filozofów

Byłoby niewątpliwie prościej, gdyby nie dwa kryzysy, z którymi mamy obecnie do czynienia: kryzys edukacji i kryzys filozofii. Z pierwszego trudno nie zdawać sobie sprawy: szczególnie w okresie niedawnych egzaminów gimnazjalnych i matur, mieliśmy cały wysyp artykułów, felietonów i wywiadów na temat upadku polskiej edukacji. Drugi – kryzys filozofii – to już zupełnie inna sprawa. O nim nie trąbią poczytne gazety i portale internetowe, a społecznego głodu sensacji nie zaspokajają kubły pomyj wylewanych na głowę pani minister. Nie mamy – pytanie, czy "na szczęście" – Ministerstwa Filozofii Narodowej…

Gdybyśmy jednak mieli, na pewno współpracowałoby ono z Ministerstwem Edukacji Narodowej przy opracowywaniu listy przedmiotów nauczanych w polskich szkołach. Młodzież miałaby dzięki temu i Platona, i Wittgensteina w małym palcu, a ich koncepcje omawiałaby w ramach przedmiotu nauczanego na poziomie rozszerzonym, w wymiarze godzin rekordowym w skali kontynentu…

Ale chwileczkę! Filozofia jest przedmiotem szkolnym i Ministerstwo przewiduje jej nauczanie na poziomie rozszerzonym. W wymiarze kilku godzin tygodniowo! I to bez wsparcia ze strony MFN. Alleluja! Jesteśmy narodem filozofów!

Byłoby pięknie, ale niestety ani nie jesteśmy, ani nie będziemy. Nawet po kilku latach od wprowadzenia reformy edukacji, w której filozofia ma się tak dobrze. Powodów jest kilka, a kryzys samej filozofii jest tylko jednym, wcale nie najważniejszym, z nich.

Powód pierwszy: w szkołach nie będzie filozofii

Organizacja zreformowanej szkoły ponadgimnazjalnej de facto uniemożliwia zaistnienie lekcji filozofii.

Przedmiot ten jest przewidziany jako jeden z przedmiotów rozszerzonych, czyli wybieranych przez uczniów pierwszych klas liceum do realizacji w kolejnych dwóch latach. Najważniejsze z tych przedmiotów to historia, fizyka, chemia, biologia i geografia, bo od wyboru któregoś z nich zależy, którego z przedmiotów uzupełniających – "przyrody" czy "historii i społeczeństwa" – będzie trzeba się uczyć. Wszystko bardzo pięknie: uczeń o zainteresowaniach humanistycznych nie jest zmuszany do zgłębiania fizyki, ale też nie traci kontaktu z naukami przyrodniczymi, a ten, który ma predyspozycje do przedmiotów ścisłych nie musi ślęczeć nad wkuwaniem dat, ale pozna podstawowe wiadomości z historii.

Rzeczywistość wygląda jednak tak, że z bogatej puli przedmiotów rozszerzonych, te bardziej niszowe (choć wcale niekoniecznie aż tak bardzo egzotyczne – również te zdecydowanie bardziej popularne niż filozofia), nie będą się w ogóle odbywać, ponieważ jest wysoce nieprawdopodobne, by dało się zebrać minimalną liczbę chętnych na nie, a takie progi określają przepisy. W dobie niżu demograficznego i wyraźnego nacisku na trzy podstawowe przedmioty maturalne (polski, matematyka, język obcy) – zajęcia z pozostałych często są przez uczniów i rodziców traktowane jako strata czasu – praktycznie nie ma szans na to, żeby ktokolwiek uczył się filozofii. Nawet, gdyby się trafił taki, który by chciał.

Powód drugi: filozofia nie umie dbać o swoje

Filozofia przeżywa podobny kyzys, jak religia. Tyle, że cierpi w milczeniu.

Większość zagadek, na które odpowiedzi dawały wierzenia religijne, została rozwiązana przez naukę; wieloma pytaniami stawianymi przez filozofów, z powodzeniem zajęły się nauki przyrodnicze.

Różnica polega na tym, że religie wypracowały cały arsenał trików w rodzaju "Tylko wiara w Jezusa Chrystusa uratuje cię przed wiecznym potępieniem" albo "Bóg wystawia nas na próbę, sprawiając, że wiara często wydaje się bezsensowna – błogosławieni, którzy mimo to w niej wytrwali". Skutecznie zapobiegają one zbyt łatwemu odrzuceniu wiary. Mem filozofii nie zaszczepił ludziom, którzy się z nim zetknęli podobnych zabezpieczeń przed wyeliminowaniem go z własnych umysłów i zaprzestaniem kopiowania do innych. Nikt nie żyje z obawą, że utrata wiary w prawdziwość Traktatu logiczno-filozoficznego będzie oznaczała smażenie się w kadziach piekielnych.

Tak więc filozofia, pozbawiona wielkich połaci terenu tradycyjnie do niej należących i z królowej nauk zdegradowana do roli egzotycznego zwierzątka w gabinecie osobliwości, dogorywa sobie cichutko, przyglądając się, jak religie co i rusz podnoszą raban, że próbuje się odbierać należne im miejsce. Jedyne, co może zrobić, to pokręcić głową z politowaniem nad argumentacyjną słabością religijnych żądań i pokiwać nią z podziwem nad ich skutecznością.

Chociażby w szkole: Religia coraz głośniej domaga się "należnego" jej miejsca wśród przedmiotów maturalnych, a filozofia – o czym już wspomniałem – może właściwie spać spokojnie, wiedząc, że nikt (NIKT!) nie będzie się jej uczył. Nawet jeśli matury z religii w końcu nie będzie, to jest ona nieprzerwanie, przez wszystkie lata szkolnej edukacji, nauczana w wymiarze kilkadziesiąt razy większym niż filozofia, a nawet półtora raza większym niż geografia, biologia, fizyka i chemia razem wzięte!

Ale gdyby nawet jacyś uczniowie trafili do klas zmuszonych przez szalonego dyrektora-filozofa do chodzenia na lekcje filozofii, to jej wspomniany kryzys dodatkowo utrudni życie nauczycielowi. Jak bowiem ma on mówić o – nieraz liczących tysiąclecia – koncepcjach filozoficznych, kiedy na pytanie postawione w temacie lekcji uczniowie w ciągu kilkunastu sekund znajdują odpowiedź w internecie? I, co gorsza: ona im wystarcza! Najprostszy przykład: po co zaprzątać sobie głowę sporem między zwolennikami istnienia w umyśle idei wrodzonych, a tymi, którzy mówią, że ludzki umysł to tabula rasa, kiedy wiedza z biologii przekazywana w gimnazjum, genetyka, (pozornie) rozwiązuje ten problem. Oczywiście dobrze wiemy, że nie rozwiązuje do końca, ale kto by się przejmował jakimiś szczegółami? Dzięki genom dziedziczymy mnóstwo cech i predyspozycji po rodzicach – skoro dziedziczymy, to znaczy, że rodzimy się z już z pewnym wyposażeniem, skoro od urodzenia jesteśmy wyposażeni – nie jesteśmy żadną tabulą. Koniec i kropka.

W skrócie: z punktu widzenia uczniów filozofia jest absolutnie zbędna. I nie da się ukryć, że jest dziedziną dość specyficzną, więc żeby móc zrozumieć jej miejsce wśród innych nauk, potrzebowaliby wcześniejszego łagodnego wejścia w jej świat i jakiego takiego oswojenia z nią. Tymczasem pojawia się (i to jako przedmiot rozszerzony – na zasadzie rzutu na głęboką wodę albo ciosu obuchem w łeb) dopiero gdy mają po kilkanaście lat, a ewentualne zalążki ich własnych pytań filozoficznych już dawno uschły, nie trafiwszy na dobrą glebę i pozbawione zainteresowania, troski i pielęgnacji.

Wnioski

Z powyższego widać, że mamy do czynienia z błędnym kołem: Chętnych na filozofię nie będzie wystarczająco wielu, by jej lekcje się odbywały, bo większość nie dostrzega, do czego filozofia może być potrzebna. Mogliby to dostrzec, gdyby mieli lekcje filozofii… Ale odpowiednio wcześniej ich nie mają, a później jej nie będą mieli, bo chętnych nie będzie wystarczająco wielu… I tak dalej.

Co gorsza, to błędne koło zacieśnia się, wyciskając resztki filozofii z kultury w ogóle (to już się właściwie dokonało) i z jej ostatnich bastionów, gdzie można by ją poznać "pod przymusem" – ze szkół ogólnokształcących. Ten i inne błędy ludzi odpowiedzialnych za wykształcenie ogólne polskiej młodzieży zaciskają się z kolei jak pętla na gardle naszego społeczeństwa. Nawet szkoła dusi uczniów zawężaniem horyzontów, zamiast je poszerzać..

Nie oszukujmy się: bez znajomości filozofii wykształcenie nie jest "ogólne". A społeczeństwo niewykształcone ogólnie jest ogólnie niewykształcone.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s